To ostatnia niedziela...
Dziś była ostatnia niedziela ostatniego zjazdu zaocznych. Potem jeszcze dwa
dni semestru (oba akurat pracujące w moim przypadku) i zacznie się sesja,
czyli jak niektórzy to tłumaczą S ystem E liminacji S tudentów J est
Aktywny. Coś w tym jest, bo patrzę na moje listy i widzę, że dla pewnej
liczby studentów przygoda z moimi przedmiotami nie skończy się dobrze. Ale
to pewnego rodzaju norma.
Powiedziałem kiedyś studentom, że z dotychczasowych doświadczeń wynika,
że część z nich tego przedmiotu nie zaliczy. I że to jest zła
wiadomość. Dobra natomiast jest taka, że ani liczba, ani personalia tych
pechowców nie zostały z góry ustalone. To znaczy, że szansę ma każdy i
od każdego zależy, czy ją wykorzysta. Dodałem też, że jest też
możliwe, że zaliczą wszyscy, tyle że to raczej mało prawdopodobne.
A tymczasem zrobiło się chłodno. Rano było dziś na termometrze
dwadzieścia jeden stopni na minusie. I byłoby nawet całkiem przyjemnie na
dworzu, gdyby nie wiatr, który dodatkowo ziębił. W takich warunkach
35-minutowy spacer do i z pracy zaczyna się robić trochę nieprzyjemny.
Całe szczęście, że kupiłem sobie jesienią ciepłą kurtkę, bo inaczej
musiałbym wyciągnąć z szafy kożuch po ojcu. Jest ciepły, ale trochę
niewygodny.
Liczę na to, że do przerwy międzysemestralnej mróz jednak trochę
zelżeje, bo chciałbym się trochę przespacerować po okolicznych lasach, a
w taką pogodę kilka godzin marszu, nawet szybkiego, to spore wyzwanie.
Temperatura nie musi być nawet na plusie. Wystarczy, że mróz będzie
jednocyfrowy.
To ostatnia niedziela...