Rozstanie...
Tytuł jest melodramatyczny, ale notka bynajmniej nie będzie o romantycznych
porywach serca. Rozstałem się z... dyplomantem. Na gruncie zawodowym, żeby
nie było nieodmówień. Pisałem kiedyś o tej sprawie na blogu i
sądziłem, że sprawa już się sama rozwiązała, bo rzeczonego dyplomanta
widziałem na liście skreślonych studentów. Tymczasem dzisiaj przyszedł
do mnie chcąc ustalić, co dalej z tym jego dyplomem u mnie i powiedziałem
mu, że chciałbym, żeby znalazł sobie innego promotora.
Kiedy się nad tym zastanawiałem wcześniej, kiedy jeszcze miałem tamten
incydent na świeżo w pamięci, myślałem nad tym, czy nie dac mu szansy
zrehabilitowania się, czyli tego, co chrześcijanie nazywają
zadośćuczynieniem. Zastanawiałem się nad tym i tyle samo miałem
argumentów za, co i przeciw. Dodatkowo miałem pewien kłopot, żeby
wymyślić taką formę samego zadośćuczynienia jak i okoliczności
towarzyszących.
Po pierwsze chciałem pozostawić decyzję w rękach zainteresowanego, czy
chce, czy nie chce ponownie zasłużyć sobie na moje zaufanie. Żeby nie
było w tym żadnego przymusu z mojej strony, bo jesteśmy na nierównych
pozycjach względem siebie. Ja mam pewną przewagę, której nie chciałbym
wykorzystywać. W mojej ocenie wymuszone zadośćuczynienie jest niewiele
warte. Po drugie chciałem, żeby zadośćuczynienie to odnosiło się do
skutków przewinienia. Czyli powinno to być coś, co sprawi, że odzyskam
stracone zaufanie i przekonanie o uczciwości drugiej strony. I to było
chyba najtrudniejsze do spełnienia, bo kiedy ktoś coś ukradnie, to może
to np. oddać czy odrpacować, a kiedy oszuka i zawiedzie zaufanie, to jak ma
to "odpracować"?. Po trzecie musiałoby to być do pewnego stopnia
dolegliwe (ale nie w stopniu zniechęcającym czy wywołującym bunt), bo
tylko wtedy jest szansa, że będzie miało jakieś długofalowe, pozytywne
skutki. Po czwarte, ale może najważniejsze, nie mogłem mieć z tego
zadośćuczynienia żadnych korzyści prywatnych lub osobistych.
Dopuszczałem jedynie poczucie satysfakcji, o ile miałbym przekonanie, że
zainteresowany zrozumiał, że postąpił źle i była szansa na to, że już
tak nie postąpi wobec nikogo (marzyciel ze mnie).
Nie pamiętam już, czy nie postawiłem sobie jeszcze jakichś wymagań. I
tak uznałem później, że sprawa jest nieaktualna, więc nie poświęcałem
jej czasu i uwagi. Dlatego teraz nawet nie byłem gotowy na ewentualną
rozmowę co do szans naszej dalszej współpracy. Z drugiej strony wydaje mi
się, że studentowi też niespecjalnie zależało na tej współpracy, więc
tym razem chyba sprawa jest zamknięta na dobre. I chyba obie strony w
gruncie rzeczy to zadowala, chociaż pewnie żadnej do końca.
Rozstanie...