Wiedziałem, że Prokom wygra!
D opiero teraz zaglądam na bloga, bo wciąż jestem w podróży... Ale mecz
obejrzałem w środę w Maladze! Co za zakończenie delegacji do Hiszpanii!
Możecie wierzyć lub nie, ale mam świadków, że... wiedziałem jaki
będzie wynik meczu Unicaji Malaga z Asseco Prokomem Gdynia. Jadąc nocnym
autobusem z Walencji do Malagi przyśniło mi się 97:77 dla Prokomu -
spotkanie kończył wsadem Przemysław Zamojski. Po przyjeździe do Malagi,
na tradycyjne wśród dziennikarzy przedmeczowe pytanie o wynik,
odpowiedziałem, będzie że +20 dla Prokomu. Zostałem troszeczkę
wyśmiany. Po meczu śmiałem się ja, śmiali się wszyscy. Prokom wygrał
70:50 , po dwóch kolejkach Top 16 zajmuje pierwsze miejsce w grupie G, jest
w bardzo dobrej sytuacji w walce o historyczny awans do ćwierćfinału. Ale
nie kalkulujmy jeszcze co się musi wydarzyć, aby Prokom zajął jedną z
dwóch pierwszych pozycji - trener Tomas Pacesas mówił żartem po spotkaniu
do jednego z dziennikarzy, że jak jeszcze raz spyta się o awans do
ćwierćfinału, to "dostanie w łeb". Pytaliśmy oczywiście
dalej, ale Pacesesa odpowiadał tylko, że wygrana w Maladze to mały krok, z
którego trzeba się cieszyć, lecz do końca rywalizacji jeszcze daleko. No
to się cieszmy, bo jest z czego. Jasne, Unicaja zagrała słabo - miała
fatalną, wręcz niespotykaną na tym poziomie skuteczność spod kosza i z
dystansu, niewiele pomysłów na wybicie Prokomu z rytmu i słabości na
każdej pozycji. Ale było tak także dlatego, że Prokom był na Unicaję
dobrze przygotowany - trenerzy zwracali uwagę, że hiszpański zespół
dobrze gra tzw. transition z wykorzystaniem wysokich, więc od początku
zacieśniali strefę podkoszową. Adam Hrycaniuk i Ratko Varda, ale także
Qyntel Woods, Ronnie Burrell i Jan-Hendrik Jagla skutecznie walczyli pod
tablicami - Prokom wyraźnie wygrał walkę o zbiórki. Pudła z dystansu?
Wiadomo, że jak mecz jest wyczerpujący, a walka o każdą piłkę
intensywna, to nogi i ręce nie dają piłce tego, co trzeba. Nawet z
czystych pozycji. W ataku gdynianie grali cierpliwie i zespołowo. Mieli
oczywiście fatalne momenty w pierwszej połowie, kiedy aż sześć razy
tracili piłkę przy jej wyprowadzaniu, kiedy Unicaja w minutę zmniejszyła
straty z 13 do czterech punktów, ale Prokom nie dał się złamać. W
drugiej połowie wyprowadzanie piłki z własnej połowy było spokojniejsze
- mistrz Polski kontrolował grę i wykorzystywał słabości rywala. W
trzeciej kwarcie Unicaja mogła wyjść na prowadzenie - przy dwupunktowym
prowadzeniu Prokomu gospodarze mieli trójkę in and out i właśnie po tym
niecelnym rzucie koszykarze Pacesasa zadali decydujący cios. Trójka Davida
Logana (jedyna w meczu), monster block Woodsa, po którym piłka wypadła w
trybuny, przechwyt Woodsa, wygibas Logana spod kosza, punkty Woodsa - po 30
minutach było 49:40, w czwartej kwarcie były dożynki, z dożynającym
wsadem Woodsa z powietrza. Kibice gwizdali i machali białymi chusteczkami na
szefów klubu siedzących w loży honorowej. Pacesas miał kilka świetnych
pomysłów - w pierwszej piątce wystawił Jaglę, który miał coś do
udowodnienia hiszpańskim kibicom i swojemu byłemu trenerowi Aito
Renesesowi. Niemiec był bardzo waleczny pod obręczą i choć miał cztery
straty, to jego trafienie lewym półhakiem przeciwko strefie w czwartej
kwarcie wymogło na Renesesie zmianę defensywy. Zaskakująca pierwsza
piątka - z Jaglą, ale także Zamojskim - służyła wydłużeniu rotacji.
Pacesas tłumaczył po meczu, że z obserwacji meczów Unicaji wynikało, że
ten zespół przegrywa wiele meczów w czwartych kwartach, w końcówkach.
Prokom chciał zachować siły na decydujące momenty i to się udało.
Intensywność gry mistrzów Polski nie spadała, a Unicaja traciła wiarę
razem z siłami. Bardzo ważne były także emocje. Varda jest moim zdaniem
skarbem dla Prokomu, bo daje zespołowi pozytywne wybuchy , których tak
bardzo brakowało mistrzom Polski. Machanie ręcznikiem, gesty uciszające
rywali po własnym wsadzie, okrzyki po udanych lub nieudanych akcjach - to
Prokomowi w środę pomagało. Pacesas przyznał, że jedną z przyczyn
postępów drużyny w Eurolidze była wymiana zawodników niepasujących
(Pape Sow, Tyrone Brazelton) na lepszych (Varda, Lorinza Harrington). Wciąż
jestem pod wpływem emocji, kiedy piszę tą notkę, ale to było naprawdę
wielkie zwycięstwo Prokomu. Hala w Maladze może pomieścić 10 tys.
kibiców i choć w środę było sporo wolnych miejsc, to 7-8 tys. fanów
chyba było. Fanów reagujących głośno, fanów prowokujących całą
ekipę z Gdyni, wywierającą presję na sędziów. Do 35. minuty wyglądało
na to, że jeśli Unicaja trafi jedną, może dwie trójki, jeśli zmniejszy
straty do czterech punktów, to w końcówce może mecz rozstrzygnąć na
swoją korzyść. Ale Prokom na to nie pozwolił. Tym, którzy podważają
sukces mistrzów Polski argumentem, że Unicaja była słaba, dam taki
przykład - drugiego dnia EuroBasketu Polska pokonała Litwę. Litwę
najsłabszą od lat, która turniej zakończyła swoją wielką porażką.
Ale dla nas była to ta Litwa, a Polska była od niej lepsza. Zagrała
dobrze, z wielkim entuzjazmem - wygrana stawiała biało-czerwonych w dobrej
sytuacji w walce o awans do ćwierćfinału. Z Prokomem jest teraz podobnie.
Z drużynami pokroju Unicaji - niezależnie od ich formy - mistrzowie Polski
na tym etapie rozgrywek, w dodatku na wyjeździe, nie wygrywali nigdy. W
środę zwyciężyli, bo zwyczajnie byli lepsi. Koniec, kropka.
Wiedziałem, że Prokom wygra!