Kto (s)krzywdzi Arsenal
Młodość upływała piłkarzom Arsenalu milutko i w ciepełku. Widzieliśmy
ich dziecięce buzie, więc londyńskie zwycięstwa bez umiaru sławiliśmy,
a porażki łatwo wybaczaliśmy. Aż chłopcy Arsene’a Wengera dorośli.
Przynajmniej w sensie metrykalnym - pewnie zauważyliście, że w ich
podstawowym składzie na mecz ligowy bardzo rzadko mieści się ostatnio
choćby jeden nastolatek. Słowem, nadszedł czas, by rzucić wyzwanie
największym.
Rządzi angielską Premier League w minionych latach duet. Manchester United
i Chelsea. Nikt nie sprawdza, czy piłkarze tych klubów reszcie uporali się
z trądzikiem, wszyscy za to wiedzą, że nawet wicemistrzostwo Anglii czy
niepowodzenie w finale Ligi Mistrzów to dla nich klęski.
Starcia Arsenalu z oboma superpotęgami łączy jeden drobniutki fabularny
detal. Ten detal nazywa się samobój.
W ostatnim meczu z MU samobója załadował sobie - prędko, już po
półgodzinie gry - bramkarz Manuel Almunia . Arsenal poległ 1:3. To była
właściwie chłosta.
W ostatnim meczu z Chelsea samóboja załadował Thomas Vermaelen. Arsenal
poległ 0:3. To też była chłosta.
W przedostatnim meczu z MU samobója załadował Abou Diaby. Arsenal
poległ 1:2, choć tym razem rywale grali beznadziejnie, biegali bezładnie i
bezradnie. Pomógł im rozstrzygającym o wyniku trafieniem Diaby oraz -
znów - Almunia, który wypracował dla nich rzut karny.
W przedostatnim meczu z Chelsea samobója załadował Kolo Toure. Arsenal
poległ 1:4.
Ta seria to oczywiście zbieg okoliczności, popełnić futbolowe
samobójstwo można na mnóstwo różnych sposobów, niekoniecznie
własnonożnie wpychając piłkę do własnej bramki. Jakiż to jednak
symptomatyczny zbieg okoliczności! Jak zgrabnie podsumowujący całokształt
twórczości arsenalskich chłopców, którzy nie chcą dojrzeć i kiedy
stają przeciw najtwardszym chłopom, to z niemowlęcą lekkomyślnością
sami robią sobie krzywdę… Toż to jakieś niespotykane dziwo, żeby
przyprawić swojakiem cztery kolejne szlagiery z głównymi konkurentami. (I
nie chcę już wypominać Almunii, że samobója zapisano mu także w
jesiennym meczu z nową siłą ligi angielskiej, Manchesterem City,
oczywiście przegranym).
Dla projektu Arsene’a Wengera, którego tak lubimy jako orędownika stylu
gry bezkompromisowego, opartego na cieszącej oko błyskawicznej wymianie
podań, nadszedł moment krytyczny. Jeśli londyńczycy przegrają w
niedzielę z Chelsea, raczej odpadną - znów przedwcześnie - z walki o
tytuł. Jeśli odpadną z walki o tytuł, być może stracą latem Cesca
Fabregasa, jedynego w szatni wyposażonego w osobowość przywódcy. A jeśli
stracą Fabregasa, trud wznoszenia mistrzowskiego (chyba mimo wszystko taki
jest cel?) Arsenalu rozpocznie się w sporej mierze od nowa.
Londyńczycy grają o wszystko, a mnie zastanawia głównie to, kto
podtrzyma passę - który z nich z tym razem postanowi zrobić krzywdę
samemu sobie. W niedzielę pobloguję o derbach Londynu od rana po późny
wieczór.
Kto (s)krzywdzi Arsenal