Kiedy Dawid wygrywa z Goliatem
Nie wiem z jakiego powodu, ale dość często, gdy oglądam spotkania, w
których przypada mi rola postronnego kibica, po kilkudziesięciu minutach
budzi się we mnie sympatia do przeciwnika teoretycznie słabszego. Takie
uczucie, zrodzone przecież spontanicznie, potrafi później przetrwać
miesiącami, a nawet latami. Dzięki temu sympatyzuję w swoim życiu z
różnego rodzaju klubami, których wspólnym mianownikiem jest ich,
delikatnie mówiąc, niezbyt wysoki poziom sportowy. Nie jestem ich kibicem,
nie śledzę ich losów, transferów, wyników. Gdy jednak słyszę, że
osiągnęły, w swojej lokalnej skali, jakiś niecodzienny i długo
oczekiwany sukces, czuję satysfakcję.Jednym z takich klubów jest Hull
City. Nie pamiętam dokładnie, przy jakiej okazji pierwszy raz skrzyżowały
się nasze drogi. Jedyne, co świta mi w głowie, to fakt, że byli wtedy w
trzeciej lidze i zagrali właśnie jakiś niewiarygodny mecz, po którym
zainteresowałem się nimi, tradycyjnie na chwilę, z opcją przedłużenia
na dalsze lata. Drugi kontakt nastąpił dopiero po awansie piłkarzy z KC
Stadium do Premiership. To niewiarygodne, ale długo nie miałem żadnej
świadomości faktu, że drużyna Browna walczyła na zapleczu o awans, więc
gdy ten stał się rzeczywistością, nieomal nie osłupiałem z
wrażenia.Trzeciego kontaktu opisywać nie trzeba. Medialność ligi
angielskiej sprawia, że żadną sztuką było śledzić ich losy, tym
bardziej, dla mnie, rozkochanego w Premier League od lat. Przyznaję bez
bicia, że ich mecz w ostatniej, 38. kolejce zeszłego sezonu, przyprawił
mnie o niezły ból głowy. „Tygrysy” grały z Manchesterem United, a
stawką było utrzymanie. Chciałem, żeby Brown pozostał ze swoją ekipą w
najwyższej klasie rozgrywek, ale umówmy się, nie kosztem porażki
„Czerwonych Diabłów”. Wilk był syty i owca cała, bo United wygrali, a
Hull z ligi nie spadli.Ucieszyłem się nie bez kozery. Drużyna Browna, tak
na marginesie jednego z najbardziej pozytywnych ludzi w tym fachu, pokazała,
że jest mistrzem niespodzianek. Hull potrafili wygrać nawet z Arsenalem na
Emirates, co momentalnie dało im status nieobliczalnych. Wyniki osiągane
przez ekipę z KC Stadium musiały budzić poważanie, tym bardziej, że
największym atutem zespołu są wyłącznie wartości mentalne. Jeśli Hull
sobie ambitnie punktów nie wybiegają, kończą zazwyczaj głęboko w
parterze, nierzadko na deskach, po szybkim nokaucie.W obecnym sezonie
rzeczywistość jest dla „Tygrysów” jeszcze bardziej brutalna. Gdyby nie
bankruci z Portsmouth, Hull zamykaliby pewnie tabelę Premiership. Zespół
ma najgorszą obronę w Anglii, przez co Myhill wyciągał już piłkę z
bramki równo 50 razy. Nie miało to jednak znaczenia, gdy nad estuarium
Humber nadjechali obrzydliwie bogaci milionerzy z Eastlands. Piłkarzom Hull
nie ugięły się nogi, ani przed Roberto Mancinim, ani przed jego armią,
kompletowaną przecież za ciężkie dolary arabskich szejków. Przyznaję,
że meczu nie oglądałem, a notkę piszę spontanicznie. Nie znam
okoliczności, w jakich Manchester City poległ ze skazanymi na pożarcie
piłkarzami Hull City, przyznać każdy jednak musi, że nawet suchy wynik
wzbudza uznanie i podziw. Ja się po prostu cieszę, że dobie
komercjalizacji piłki, są jeszcze tacy romantycy jak Brown, którzy
pokazują, że charakter i wola zwycięstwa są wciąż ważniejsze od
pieniędzy. Fajnie, że znów dzięki tej drużynie niemożliwe stało się
niczym. Fajnie, że Hull znów są nad strefą spadkową. Oby pozostali tam
jak najdłużej.Łukasz Anczyk
Kiedy Dawid wygrywa z Goliatem