Ocena Prokomu, czyli miło jest się pomylić
<img alt=""
src="http://ceglinski.blox.pl/resource/logannnnn.jpg"
border="0" /> fot. Mariusz Mazurczak/asseco.prokom.pl Pod
koniec listopada, po zakończeniu pierwszej rundy grupowej fazy Euroligi,
napisałem felieton o Asseco Prokomie Gdynia pod tytułem „Prokom utknął
między niebem a ziemią”. Ziemią była dla mistrzów Polski PLK, w
której drużyna Tomasa Pacesasa miała bilans 10-0. Niebem - awans do Top
16, w który nie wierzyłem. Prokom miał wówczas bilans 1-4, a grał tak,
że oglądanie jego spotkań do przyjemności nie należało. „Wygląda na
to, że autorski projekt trenera Tomasa Pacesasa jest na Euroligę za
słaby”, „Nieprzewidywalny Woods ma problemy z plecami, Logana w
kluczowych momentach nie widać, pozostali pełnią role drugoplanowe”,
„Pacesas [...] na razie nie zdołał wnieść do drużyny wartości
dodanej. Prokom nie potrafi zaskakiwać lepszych od siebie - brakuje nie
tylko błyskotliwych rozwiązań taktycznych, ale nawet gryzienia
parkietu”. Teraz już wiem, że bardzo się pomyliłem tak kategorycznie
oceniając Prokom w tak wczesnym momencie sezonu i nie pozostaje mi nic
innego, jak rozliczyć samego siebie z tych pseudowerdyktów . Minęły nieco
ponad dwa miesiące, w trakcie których gdynianie rozegrali dziewięć
spotkań w PLK i siedem w Eurolidze. W kraju wygrali wszystkie dziewięć (w
tym jednym punktem po dogrywce w Zgorzelcu), w Eurolidze przegrali tylko w
Atenach z Panathinaikosem i w Mediolanie z Armani Jeans. Awansowali do Top
16, od mojego felietonu mają bilans 5-2, walkę o ćwierćfinał zaczęli od
rozgromienia Żalgirisu Kowno i Unicaji Malaga. Poza tym pokonali jeszcze EWE
Baskets Oldenburg, Real Madryt i BC Chimki. Autorski projekt Pacesasa miał
wady, ale po wymianach Pape Sowa na Ratko Vardę i Tyrone’a Brazeltona na
Lorinzę Harringtona, słabych punktów jest mniej. Sow miał w tym sezonie
kłopoty ze zdrowiem, nie był tak agresywny pod koszami jak w poprzednim
epizodzie w Prokomie i choć bardzo pomógł zespołowi w wygranych
spotkaniach z EWE Baskets i Armani Jeans, to jednak na dłuższą metę jego
obecność pod koszem wiele drużynie nie dawała. Varda gra lepiej tyłem do
kosza, potrafi trafić z kilku metrów, żyje na ławce, wnosi do drużyny
emocje. Z nim w składzie Prokom przegrał tylko raz - w Atenach.
Jakościowej zmiany w wymianie Brazeltona na Harringtona aż tak wyraźnie
nie widać, ale to ten drugi jest lepszym rezerwowym rozgrywającym. Jest
silniejszy fizycznie, bardziej doświadczony, lepszy w defensywie. Dobrze
wpasował się w drużynę. Problemy Woodsa z plecami i znikanie Logana w
końcówkach przestały mieć aż takie znaczenie, bo o wynikach zaczęli
decydować gracze drugoplanowi - Ronnie Burrell, Daniel Ewing, Varda, Adam
Hrycaniuk czy Jan-Hendrik Jagla. To także oni, a nie tylko Woods i Logan,
stanowią teraz o sile Prokomu. Pacesas próbuje poszerzać rotację poprzez
zmiany w pierwszej piątce - w Maladzie to zadziałało. Właśnie, Pacesas.
Po słabym początku euroligowej kampanii Prokom zaczął grać inaczej.
Zaczął walczyć, grać z większą pewnością. narzucać swoje warunki.
Pacesas trafiał ze zmianami, rozpracowywał grę rywali przed meczami,
wygrywał końcówki. Od listopada wygrał z drużynami prowadzonymi m.in.
przez cenionych w Europie Ettore Messinę, Sergio Scariolo, Ramunasa
Butautasa i Aito Renesesa. Cenionych w Europie? Znów moja pomyłka - toż to
europejska czołówka! Dobra, dość tych zachwytów, bo choć Prokom już
pobił rekord w historii występów polskich drużyn w Eurolidze, to w
gruncie rzeczy nic jeszcze nie osiągnął. Droga do ćwierćfinału jest
jeszcze daleka, a przed mistrzami Polski ciężkie spotkania. Wycieczka do
Moskwy może zakończyć się sromotną porażką, a Unicaja i Żalgiris
broni jeszcze nie złożyły. Osiągnięciem Prokomu jest jednak to, że na
kolejne spotkania mistrzów Polski w Top 16 nie czekamy już jak na
ścięcie.
Ocena Prokomu, czyli miło jest się pomylić